WSPOMNIENIE

AUTOR: WOJCIECH KANIEWSKI

 

Zaczęło się w 1951 roku na wycieczce szkolnej do Zakopanego. Podróż pociągiem trwała dobę. Leszek Cichoń (klasa druga) zaproponował nam, że nauczy nas grać w brydża (nielegalnie, gdyż nie miał uprawnień instruktorskich, tak jak ja teraz). Uczniami byli: Michał Sawicki z jego klasy
oraz Andrzej Richter i ja – pierwszaki. Na nauce zasad brydża spędziliśmy całą noc, by rano rozegrać pierwszego roberka.

Potem sporo czasu spędzaliśmy na tej grze, a czasem nawet towarzyszył nam Tata Andrzeja. Grę kontynuowaliśmy w ogólniaku, wciągając kolegów. Przydało się to na studiach, kiedy to grywało się codziennie w przerwach między zajęciami. Po studiach była przerwa, grałem bardzo rzadko preferując pracę, której poświęcałem się całkowicie. No i była też Żona – niegrająca.

W pracy osiągnąłem zbyt wysokie stanowisko, wymagające wstąpienia do partii. To mi nie leżało, więc musiałem zmienić pracę. Dowiedziałem się o etacie w Pracowni Wirusologii Instytutu Ochrony Roślin. O wirusach nic nie wiedziałem, ale warunek przyjęcia był inny. Trzeba było umieć grać w brydża. Kierownik tej pracowni Bartłomiej Miciński zakładał nową sekcję brydżową IOR i potrzebował zawodników. Pracę w Instytucie i grę w jego sekcji brydżowej zacząłem w marcu 1972. Później do IOR i sekcji brydżowej dołączył też wspomniany kolega z klasy Andrzej,. jako dyrektor techniczny i późniejszy prezes naszej sekcji. To on jest odpowiedzialny za Centrum Kongresowe, gdzie teraz gramy i gdzie odbywają się największe w Poznaniu turnieje. W zeszłym roku hucznie obchodziliśmy złote gody naszej sekcji, opisane w Głosie Wielkopolskim (tam błędnie nazwano nas najstarszym klubem brydżowym w Poznaniu?) i w miesięczniku Brydż.
A początki były skromne. Było nas trzynastu, z których do dziś gra Stefan Pruszyński, Stachu Drzymała, Basia Podgórska i ja. Trenowaliśmy w starej stołówce, często na 3 stołach. Byliśmy słabi i niezgrani. Na trenera zatrudniliśmy ówczesnego arcymistrza Marka Kudłę. Imponował mi swoją pamięcią i wiedzą brydżową. Już w pierwszym sezonie awansowaliśmy z B do A klasy, a potem do ligi okręgowej. Sekcja zaczęła się rozrastać. Wciągnąłem do klubu kolegów z roku: Wojtka Kędzierskiego i Jacka Gawrońskiego. Inni zgłaszali się sami. Początkowo grałem z Zygą Kuźmińskim, potem z wyjątkowo solidnym Zbysiem Talarczykiem i w końcu z fantazyjnie grającym Włodkiem Bąkiem. Przełomem było dołączenie do sekcji Krystyny Turzańskiej
z uprawnieniami sędziowskimi. Ona rozpoczęła organizowanie turniejów, na które zaczęliśmy zapraszać także graczy z zewnątrz. Oczywiście bez żadnych opłat czy pekaeli. Wszelkie opłaty były pokrywane z funduszu socjalnego IOR, poza wspaniałymi „obozami kondycyjnymi” w Sowińcu. Tam graliśmy tylko z przerwami na wspaniałe posiłki. Dopiero po północy dozwolone były inne gry jak skat, kop czy poker. Sekcja tak się rozrosła, że do rozgrywek ligowych zgłaszaliśmy 3 drużyny. Sekcja organizowała też imprezy towarzyskie, by udobruchać niegrające żony z powodu naszej częstej nieobecności w domu. Tu pamiętam wariacki turniej,
w którym każdy zawodnik musiał grać w parze z żoną czy partnerką. Moja odmówiła jakiejkolwiek nauki. Kazałem jej ciągle mówić pas, a gdy graliśmy w obronie dokładać do koloru, a potem cokolwiek. Wygraliśmy!
W Poznaniu wtedy jedynym cotygodniowym turniejem PZBS była Gazownia a potem Cegielski. Nie lubiłem tam grać, bo zawodnicy byli głośni i agresywni, a grało się w oparach dymu tytoniowego. Bywały też imprezy ogólnopolskie. Z tych najbardziej pamiętam wielki turniej w Zamku na którym Węcławek pobił swoją żonę.
W 1978 wyjechałem na stypendium do Prosser w USA i zacząłem grać w turniejach ACBL. Tam grałem do 2006 z wieloma sukcesami. Od 1987 mieszkałem w St. Louis MO, grywając regularnie z Wojtkiem Golikiem.
Turnieje w USA były spokojniejsze i mniej nerwowe. Byliśmy rodzynkami, gdyż tam w brydża grają prawie wyłącznie kobiety. Nie dopuszczano nikogo do gry bez karty konwencyjnej, a tu para z kartą jest rzadkością.
Po powrocie do Polski zaraz dołączyłem do sekcji brydżowej IOR, gdzie gram do dziś. To już zupełnie inne czasy brydżowe. Cieszę się, że nasza sekcja nadal istnieje i nieźle prosperuje, pomimo braku wsparcia ze strony Instytutu.
Inne czasy! Liczą się ludzie i ich zaangażowanie!

Jedna odpowiedź do „WSPOMNIENIE”

  1. Awatar Jacek Szynakiewicz
    Jacek Szynakiewicz

    Wojtku; gratuluję tak wspaniałego wspominania. Ale przy kolejnej okazji naszego spotkania przy brydżowym stoliku i tak będę „faworyzował” w odzywce moje BA.
    POZDRAWIAM z Denver.

    Polubienie